KRÓTKI ZARYS HISTORII NATURALNEJ

Chwilę po Wielkim Wybuchu elfy klasnęły w dłonie, a smoki
pozieleniały z radości.

Z_11
Udała się świetnie era prekambryjska:
rosły jak na drożdżach
sezamy, chatki z piernika
i bujne lasy paproci,
kwitnących w noc świętojańską.

W paleozoiku bogatą tradycję ludu krasnoludków
spisał Koszałek Opałek.

Na uroczyskach rusałki tańczyły
aż do białego rana w triasie.
Aż nagle – poczuły znużenie.

Pod koniec kredy w niewyjaśnionych okolicznościach wymarły smoki.
(Wdzięczne poletko badawcze dla przyszłych naukowców).

Potem było wciąż gorzej: oligocen, miocen, pliocen,
jakże się to plącze.
I rzeczywiście – nastąpiło pomieszanie języków.
Czerwony Kapturek nie rozmawia już z wilkiem,
a drzewa i lusterka zamilkły zupełnie.

Zmiany w psychice trudniej zauważyć,
choć w skutki są równie brzemienne:
brzydkie kaczątko już nie łabędziom zazdrości,
a WC-pickerom.

Czwartorzęd w rozkwicie.
Myszy komputerowe zjadły
króla Popiela, innych królów, królewny i wróżki.
Nikt nie wierzy w „stoliczku, nakryj się”,
zbyt proste w obsłudze.

Nieuniknione procesy postępują.
Oddalają się od siebie galaktyki.
Wkrótce Kubuś Puchatek przez najmocniejszy teleskop
nie dojrzy Królika,
wczoraj sąsiada z Lasu.

Ślicznej Śnieżki w szklanej trumnie nieważkiej nikt nie obudzi.
Temperatura zero absolutne utrwali jej sen.

Białe karły ziewną
z kosmicznej nudy i już
będzie po wszystkim.

(Chyba, że
ktoś tam jeszcze gdzieś
– choćby Tomcio Paluch mniejszy od atomu –
czeka na nowy Wielki Wybuch?)

Czytaj dalej

PRZYCZYNEK DO KLASYFIKACJI KOTÓW

… I BYĆ MOŻE WIERSZY.

Ten tutaj, pierwszy z brzegu. Choć rozpanoszony
na całe łóżko. (O przepraszam, łoże).
Biała wyspa bezpchelna na oceanie z satyny.
Błogość nad błogościami.
Najleniwsza z rozpust.

Z_09Tamten, ponoć niebieski.
Niebieski nie bardziej
niż róża odmiany Blue Moon.
Niebieski nie dla przedszkolaków.
Niebieski honoris causa.

Ów bury najpoczciwiej,
sarmacko wąsaty.
Chwalca bigosu,
smalcu z majerankiem.

Bezwiedny akrobata, co na cztery łapy
spada. Niechybnie na środek kanapy.

A jeszcze: pazurzasty,
giętki, spiczastouchy,
istny demon Memlinga.
(Dla kamuflażu bez motylich skrzydeł).

I nieostatni: z bursztynowym okiem
i drugim czarniawym, jak studnia, jak wybite okno,
otwarte na noc. Łapą zwichniętą powłóczy,
po jemu znanych ścieżkach.
Przetrącony wiersz.

Czytaj dalej

ELEGIA O… [CHŁOPCU POLSKIM]

Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,
malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami drzew płynące morze.

KKB_12

Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?

Czytaj dalej

SPOJRZENIE

Nic nie powróci. Oto czasy
już zapomniane; tylko w lustrach
zsiada się ciemność w moje własne
odbicia – jakże zła i pusta.

O znam, na pamięć znam i nie chcę
powtórzyć, naprzód znać nie mogę
moich postaci. Tak umieram
z półobjawionym w ustach Bogiem.

KKB_11

Rys. K. K. Baczyński

I teraz znów siedzimy kołem,
i planet dudni deszcz – o mury,
i ciężki wzrok jak sznur nad stołem,
i stoją ciszy chmury.

I jeden z nas – to jestem ja,
którym pokochał. Świat mi rozkwitł
jak wielki obłok, ogień w snach
i tak jak drzewo jestem prosty.

A drugi z nas – to jestem ja,
którym nienawiść drżącą począł,
i nóż mi błyska, to nie łza,
z drętwych jak woda oczu.

A trzeci z nas – to jestem ja
odbity w wypłakanych łzach,
i ból mój jest jak wielka ciemność.

I czwarty ten, którego znam,
który nauczę znów pokory
te moje czasy nadaremne
i serce moje bardzo chore
na śmierć, która się lęgnie we mnie.

Czytaj dalej

MAZOWSZE

1
Mazowsze. Piasek, Wisła i las.
Mazowsze moje. Płasko, daleko –
pod potokami szumiących gwiazd,
pod sosen rzeką.

Jeszcze tu wczoraj słyszałem trzask:
salwa jak poklask wielkiej dłoni.
Był las. Pochłonął znowu las
kaski wysokie, kości i konie.

2

KKB_10

– ŚWIAT KSIĄŻKI – wydanie I z 1997

Zda mi się, stoi tu jeszcze szereg,
mur granatowy. Strzały jak baty.
Czwartego pułku czapy i gwery
i jak obłoki – dymią armaty.

3
Znowu odetchniesz, grzywo zieleni,
piasek przesypie się w misach pól
i usta znowu przylgną do ziemi,
będą całować długi świst kul.

Wisło, pamiętasz? Lesie, w twych kartach
widzę ich, stoją – synowie powstań
w rozdartych bluzach – ziemio uparta –
– jak drzewa prości.

4
W sercach rozwianych, z hukiem dwururek
rok sześćdziesiąty trzeci.
Wiatr czas zawiewa. Miłość to? Życie?
Płatki ich oczu? Płatki zamieci?

5
Piasku, pamiętasz? Ziemio, pamiętasz?
Rzemień od broni ramię przecinał,
twarze, mundury jak popiół święty.
Wnuków pamiętasz? Światła godzinę?

Czytaj dalej

WYROKI

KKB_09

Drzeworyt K.K.Baczyńskiego

Nic gruzy. Dwułodygą wyrośniem,
dwugłosem zielonym światła,
podobni chmurom i sośnie,
kwiatom płynącym na tratwach,
gdy rzeka wilgocią śliska
jest tonem świata – kołyska.

Nic ciemność. Przez nią przepłyniem,
a ręce na niej promień
w błogosławionym czynie,
w żyjącym gromie,
bo i z krzemienia się śpiewa
wieczność rosnąca – drzewa.

Nic gruzy. Ale ująć
powietrze: tam formy rosną
z guseł i zaklęć – kołując –
coraz to bliższe. Mocno
w ręce spadają – nieznane,
czasem – niedokonane.

I tak się trzeba im zaprzeć
w ziemię i wiatr, w świetlistość,
by deszczem pocisków lecąc
opadły w dłonie – czysto.
A w ich ulewie rosnąć,
ptakiem, człowiekiem i sosną.

Czytaj dalej