„Ziemia poety” – Tadeusz Kubiak

Władysławowi Broniewskiemu

Majowa jesteś i lipcowa,
nad Nidą młode serce śnieżysz,
w żołnierskiej rocie twoje imię,
ty na kwaterze
wśród żołnierzy.

W ogrodach jesteś i w wiolinie,
w piachu pustyni,
w płockich dębach,
w każdej ze strof Kochanowskiego,
w wierszu do córki,
i w kolędach.

Palcami cię oglądam co dzień,
szukam i słucham każdym wierszem.
I słyszę nawet, jak pod stopą
wyrasta trawy źdźbło
najmniejsze.

Luty, 1977 r.

„Do przyjaciół-poetów”

Mało nas,
a odnajdujemy się w tłumie,
złączeni krokiem żelaznym,
złączeni pieśnią żelazną –
my,
podpalacze serc,
dynamitardzi sumień,
recydywiści marzenia,
gniewu i entuzjazmu.

Słowem nagim i skutym,
jak Prometeusz na skale,
świecimy nieustraszeni
otchłaniom czasów pogardy.
Przyjdzie dzień,
przyjdzie dzień,
i radośnie będziemy podpalać!
Cóż, że knebel zatyka usta
i kolano uciska gardło?

W blasku dni, które idą,
nasze słowa staną jak wojsko,
trzeba dziś je uzbroić,
jutro – dać im wielkość i sławę,
by się prawem stały i siłą
ponad Ziemią, Europą i Polską,
trwalsze od tablic praw Rzymu,
wyższe niż Wawel.

Czytaj dalej

„Sen”

Wiersz ze zbioru „Drzewo rozpaczające” – 1945 r.

Lampę zgasiłem. Znowu zapalam.
Noce bezsenne. Wietrzne są dnie.
Nerwy wariują, serce na alarm
bije, dokucza, spać nie pozwala.
Męczę się. Nocą bezsenną – śnię.

Pewnie nerwica, koniak lub chamsin,
lub wszystko na raz. Trafi mnie szlag…
Jakże mi trudno z serca wytłamsić
sen darowany, sen, który dam ci
oślepiający… Widzę go tak…

Jerozolimskie małe podwórze.
Białe kamienie. Ileż tu dnia!
Drzewko kwitnące rośnie przy murze.
Patrzysz wzruszona. Widok cię urzekł
kwieciem wiosennym. (Drzewko – to ja).

Czytaj dalej

„Kabała”

Wiersz ze zbioru „Dymy nad miastem” / 1927 r. /

Ten walet schnie z miłości, a ty go dręczysz wzgardą,
dwa serca wyrwał z piersi i przekłuł halabardą.

Żołędny król go wezwał. W karecie z dzwonków pędzi.
Ach!… Czeka go w podróży nieszczęście od żołędzi.

Już wjechać ma w dąbrowę, a jeszcze się ogląda,
on nie wie, że przy tobie dzwonkowy, jasny blondyn.

Nie ufaj blondynowi, choć list czerwienny wyśle,
spal złoty włos nad świecą, a poznasz jego myśli.

On brzęczy dzwonnym złotem, do ucha pięknie szepce,
uśmiecha się do ciebie, a serce dał brunetce.

Brunetka jest zazdrosna i ciebie źle wspomina.
Wystrzegaj się tej damy. Ach, nie pij tego wina!

To wino jest zatrute miłosnej łzy diamentem,
z dziesięciu serc czerwiennych okrutnie wyciśnięte.

Pijany czarnym winem, twój walet w snach się błąka,
z rozpaczą szuka serce – w żołędziach, w winie, w dzwonkach.

„Wierszem przez życie”

Iskry – 2011 r.

„PRZEPIS  NA  POEZJĘ”

Poeci piszą wiersze
i dziurę brzuchu narodowi wiercą,
a naród chwyta pierwsze-lepsze,
jak kieliszek wódki przed śmiercią.

( Ostrzegam naród polski:
jeszcze daleko do Polski.
Bądźmy trzeźwi, uparci, na wszystko gotowi,
nie czekając, co Historia powie ).

Chodzimy po świecie szerokim –
szeroka, wygnańcza fala –
a to wszystko wyłazi nam bokiem
i siostra Anglia nawala…

Więc cap! za wiersze,
Mickiewicza po pierwsze
z „Redutą Ordona”
( Ordon – to o nas ).

„Na Termopilach bez złotego pasa,
bez czerwonego leży trup kontusza”…
Więc wyobraźnia hasa,
demokratyczne „hulaj-dusza”.

Jak w śmiertelną koszulę, w legendę
ubiera się każdy rodak:
z pepesowcem ludowiec i endek
i z księdzem Kupściem ksiądz Robak.

Balladyny i Irydiony,
czekając na Polski przyjście,
jak Ojciec Zadżumionych
pętają się po Middle-East’cie.

Czas skończyć tę zabawę,
prozą przemawia Churchill,
a więc – kawę na ławę:
będziemy się bili do śmierci.

Oskubali nas, spustoszyli,
gnębili nas od stuleci –
a my będziemy się bili,
i my, i nasze dzieci.

Furda nam „kwestia granic”
z głosem obcych wyłącznym,
bo my zrobimy powstanie
w roku dwutysiącznym.

Ostre są ostrza bagnetów,
słuszne są wiersze poetów,
ale poezja największa
nie w wierszach, nie w rymach, nie w słowach,
tylko: świat swoim życiem upiększać
i dumnie dać się pochować.

Palestyna – 1945 r.

Czytaj dalej

„Żyłem”

Oficyna Wydawnicza „GRAF” – wydanie I z 1993 r.

„WARUM”

Miła, ja nie mam słów,
a miałem dość ich.
Nie wiem, skąd bierze się znów
ten lęk radości,

czemu znów serce drży
jak wtedy wiosną,
a łzy zabłysły jak bzy,
co w Polsce rosną.

Tkliwość. I morza szum.
I noc co milczy.
Na Schumannowskie „Warum?” –
twój szept: „Najmilszy!…”

I trzebaż było tych mąk
i tej rozpaczy,
gdy dwoje splecionych rąk
tak wiele znaczy?

Wiersz pochodzi ze zbioru „Drzewo rozpaczające” /1945 r./

Czytaj dalej