WIGILIA W LESIE

Z_Rychlicki_lata siedemdziesiąteI drzewa mają swą Wigilię…
W najkrótszy dzień bożego roku,
Gdy błękitnieje śnieg o zmroku;
W okiściach, jak olbrzymie lilie,
Białe smereki, sosny, jodły,
Z zapartym tchem wsłuchane w ciszę,
Snują zadumy jakieś mnisze,
Rozpamiętując święte modły.
Las niemy jest jak tajemnica,
Milczący jak oczekiwanie,
Bo coś się dzieje, coś się stanie,
Coś wyśni się, wyjawi lica.
Chat izbom posłał las choinki,
Któż jemu w darze dziw przyniesie?
Śnieg jeno spadł na drzewa w lesie,
Dłoniom gałęzi w upominki.
Las drży w napięciu i nadziei,
Niekiedy srebrne sfruną puchy
I polatują jak snu duchy…
Wtem bić przestało serce kniei,
Bo z pierwszą gwiazdą nieb rozłogów,
Z gęstwiny, rozgarniając zieleń,
Wynurza głowę pyszny jeleń
Z świeczkami na rosochach rogów…

Autorem wiersza jest Leopold Staff.

Reklamy

„Lira Leopolda Staffa”

W rocznicę śmierci PoetyTadeusz Różewicz / 1960 r. /

Gdy ją miłość potrąci
Cała jest z promienia

Gdy człowiek nieżyczliwy
W drewno się przemienia

Gdy ją dziecko chwyta
To jak obłok płynie

Gdy człowiek pełen jadu
Z uśmiechem go minie

„LEOPOLD  STAFF”  –  Mieczysław Jastrun / 1929 r. /

Wsi polskiej biały kołacz. W gorącym ogrodzie,
W cieniu owoców, których psy puszyste strzegą,
Wśród jabłoni, co w krępym bieleją szeregu,
Leopold Staff przystanął jak zwykły przechodzień.

Pachnący zbożem, łąką koniczu i mięty
Wiatr rozwiewa mu poły białego surduta,
Ale on stoi smutny, jakby wiatru nuta
Niosła pył czarny, nocą z gwiazd strząśnięty.

Jak gdyby w oczach zamknął zmiany gwiazd i roku,
A w białej szerokości czoła coś z Platona,
Słucha, jak w wiejskich wozach skrzypią zwięzłe dzwona,
Jak błękit schnie wśród snopów białego obłoku.

Nie po raz pierwszy w dźwięcznej zaszumieć mu zmianie,
Zakwitnąć w metaforze, jak w złotej jabłoni,
W sam skwar południa wejdzie cieniem własnych dłoni
W słowo, co u nóg czarne otwiera otchłanie.

Nie zatrzyma go kamień przydrożny, ni grusza,
Nóg nie splątają kolce tarniny ni głogu –
On ustroi kwiatami skrzydła kapelusza,
Biały wyjdzie czarnemu na spotkanie Bogu.

Czytaj dalej

„Poezje Zebrane”

Utwory Leopolda Staffa, zamieszczone na blogu,
pochodzą z edycji PIW-u, wydanej w 1980 r.

Nasza Księgarnia, z myślą o najmłodszych czytelnikach,
wydała – w 1961 r. – zbiór 10 wierszy Leopolda Staffa,
z ilustracjami Józefa Wilkonia.

„SZUM DRZEW”

Najpiękniej ta piosenka śpiewa,
Którą się w sen kołyszą drzewa,
Kiedy w powiewie liść szeleści
I ucho jak milczenie pieści.
Posłuchaj ze mną tego szumu,
Wpiszę go tobie do albumu.

„DESZCZ  MAJOWY”
Słońce świeci, deszczyk pada,
Czarownica się podkrada.

Chodźcie, chodźcie prędzej, dzieci!
Z nieba złoty deszczyk leci.
Maj na ziemi! Deszcz o wiośnie
Kogo zmoczy, ten urośnie.
Świeżą trawę skropi rosą,
Będziem po niej biegać boso,
Będziem wstrząsać mokre drzewa,
Niech nas zlewa, niech nas zlewa.

Rosi deszczyk nam na głowy,
Srebrny, złoty, brylantowy.
Iskry, perły i diamenty
Lecą z chmury uśmiechniętej.
To klejnoty, a nie deszcze…
Jeszcze, jeszcze… Jak szeleszcze,
Szepce, szemrze, szumi, śpiewa…
Trawy cieszą się i drzewa.

Czytaj dalej

„Chwila”

Że mija? I cóż, że przemija?
Od tego chwila, by minęła,
Zaledwo moja, już niczyja,
Jak chmur znikome arcydzieła.

Chociaż się wszystko wiecznie zmienia
I chwila chwili nie pamięta,
Zawsze w jeziorach na przemiany
Kąpią się gwiazdy i dziewczęta.

„WIECZÓR”
Leżę na łodzi
W wieczornej ciszy.
Gwiazdy nade mną,
Gwiazdy pode mną
I gwiazdy we mnie.

„RÓB  COŚ”
Zewsząd tak ciasne widoki.
Trudno rozszerzać horyzont,
Więc zaokrąglam horyzont!
Zaokrąglam!

„GAŁCZYŃSKI”
Pokazałeś w wesołej herezji
Przez swe fraszki fiołkowe i gęsie,
Ile jest nonsensu w poezji
I ile poezji w nonsensie.

Czytaj dalej

„Podwaliny”

Budowałem na piasku
I zwaliło się.
Budowałem na skale
I zwaliło się.
Teraz budując zacznę
Od dymu z komina.

„MATKA”

O zmierzchu przy oknie
Matka trąca nogą bieguny
Kołyski, w której śpi dziecko.

Ale już nie ma kołyski,
Ale nie ma już dziecka.
Poszło między cienie,
Matka sama siedzi o zmierzchu,
Kołysze nogą wspomnienie.

„OPÓŹNIONEMU”

Dotrzeć do bieguna
Za życia cenę
Przez lód, przez mróz, przez noc,
Przez Ereb i Terror,
Ostatkiem sił,
By stwierdzić, że ktoś inny
Już tam był.
Wtedy owiń się białą zawieją,
Jak Scott w Antarktydzie,
I daj się zasypać śniegowi.

„MOST”
Nie wierzyłem
Stojąc nad brzegiem rzeki,
Która była szeroka i rwista,
Że przejdę ten most,
Spleciony z cienkiej, kruchej trzciny
Powiązanej łykiem.
Szedłem lekko jak motyl
I ciężko jak słoń,
Szedłem pewnie jak tancerz
I chwiejnie jak ślepiec.
Nie wierzyłem, że przejdę ten most,
I gdy stoję już na drugim brzegu,
Nie wierzę, że go przeszedłem.

Wiersze – ze zbioru „Wiklina” /1954 r. /

Czytaj dalej

„Mam zwyczaj…”

Mam zwyczaj pisać tylko w nocy,
Kiedy jest ciemność, spokój, cisza,
Gdy gwiazdy błądzą jak prorocy,
A wszystkie patrzą na Jowisza.

Bo Jowisz to jest bóg wszechwładny,
Co dzierży ład wśród mgławic dymów
I nie przepuści gwieździe żadnej,
Jak ja żadnemu z moich rymów.

I wiedzie je na rytmu pasku
Przez nieskończonych niebios błonia,
I robi się z gwiezdnego piasku,
Jak z słów, poezja i harmonia.

Aż księżyc zjawia się w eterze,
Siejąc krytycznie słońca echa,
I, wzrok utkwiwszy w mym papierze,
Zadowolony się uśmiecha.

„RZUT  W  PRZYSZŁOŚĆ”

Wiec jak się wielkie poematy pisze?
Nie kometami szastając po niebie
Ani wprzęgając Pegazowe źrebię
W rydwan, by mącić planetarną ciszę.

Lecz bijąc w skryte pod żeber klawisze
Serce swe dłonią, jak cepem po glebie,
Z myślą o wiecznym, a codziennym chlebie,
Który nasyci swoich i przybysze.

Bić pięścią w własną pierś, jak dzwon spiżowy,
Aby nabrzmiała straszliwymi słowy:
Ucisk, niewola, tyrania, więzienie!

Aż buchnie z bladych ust pieśń, jak krwi rzeka,
Niby chorągiew, co krzyczy w przestrzenie:
Wolność człowieka i miłość człowieka!

Czytaj dalej

„Praca”

Ręce w kieszeni, w ustach papieros,
Chodzę po świecie, władca i heros.

Niby przez monokl w oka orbicie,
Przez kółka dymu patrzę na życie.

Gorszy cię byt mój bez trudu, celu,
Obywatelu, mój przyjacielu.

Próżniaczych moich dni nie pochwalasz?
Wiedz, żem robotnik, zaciekły malarz.

O głodzie, chłodzie, w ducha swobodzie
Maluję sufit w Saskim Ogrodzie.

„DO  MUZY”

Mam pewność niezachwianą, wierzę uroczyście,
Muzo, com ci nie przestał służyć i hołdować,
Że mi się kiedyś, cudna, zjawisz osobiście,.
Ażeby mi za trudy moje podziękować.

Lub może twa uraza skargę mi wytoczy,
Żem nie był ciekaw ciebie, natchnień mych przyczyno,
Albowiem nie widziałem cię nigdy na oczy
I nie wiem, czy brunetką jesteś, czy blondyną.

Powód jest, ale – przebacz! – nie lubię się smucić.
Chociaż bez ciebie, boska, lecz dla ciebie żyję.
Więc przybądź i jeżeli chcesz mi co zarzucić,
Zarzuć mi ręce na szyję.

„POETO!”

Poeto! Gardź oklaskiem mas,
Miej za nic sławę!
Biegnij wciąż naprzód, wyprzedzając czas,
Jak szybkobiegacz kurzawę!

Czytaj dalej