PIEŚNI /1953 r./

III

Ile razem dróg przebytych?
Ile ścieżek przedeptanych?
Ile deszczów, ile śniegów
wiszących nad latarniami?

KIG_45_Pranie

KIG w leśniczówce „Pranie”

Ile listów, ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu?
I znów upór, żeby powstać
i znów iść, i dojść do celu.

Ile w trudzie nieustannym
wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków? Schodów? Książek?

Ile lat nad strof stworzeniem?
Ile krzyku w poematy?
Ile chwil przy Beethovenie?
Przy Corellim? Przy Scarlattim?

Twe oczy jak piękne świece,
a w sercu źródło promienia.
Więc ja chciałbym twoje serce
ocalić od zapomnienia.

Czytaj dalej

Reklamy

CHRYZOSTOMA BULWIECIA PODRÓŻ DO CIEMNOGRODU /fragmenty/ – 1953 r.

„Uliczkę znam w Ciemnogrodzie”

Jest w Ciemnogrodzie
pewna ulica,
groźna ulica,
lumpen-ulica.

A na chodniku
owej uliczki
trzy drzewka stoją,
drzewka-patyczki.

KIG_42_1951 w Polskim Radiu kopia

KIG w Polskim Radio

A nad drzewkami
nie ma niczego
chyba ze niebo,
niejasne niebo.

Na rogu knajpa,
innego cóż by?
A morska świnka
wyciąga wróżby

na katarynce,
że brunet kłamie
i jaki nosić
należy kamień.

Życie jest krótkie.
Ulica krótka.
Dzieci śpiewają
o krasnoludkach.

A śnieżek prószy.
A deszczyk leje.
Ogonów końskich
i psów złodzieje

tutaj mieszkają,
na tej ulicy,
czarnej ulicy,
lumpen-ulicy;

i nie ma wyjścia:
ciemność grobowa,
ciemność i tęskność
l00%-owa.

Czytaj dalej

W LEŚNICZÓWCE /1952 r./

Tu, gdzie się gwiazdy zbiegły
w taką kapelę dużą,
domek z czerwonej cegły
rumieni się na wzgórzu:
to leśniczówka Pranie,
nasze jesienne mieszkanie.

Chmiel na rogach jelenich
usechł i już się sypie;
w szybach tyle jesieni,
w jesieni tyle skrzypiec,
a w skrzypcach, byle tknięte,
lament gada z lamentem.

KIG_41_Warszaw_1952 r.

KIG w 1952 r.

Za oknem las i pole,
las — rozmowa sosnowa;
minął dzień i na stole
stoi lampa naftowa,
gadatliwa, promienna
jak ze stołu Szopena.

W nocy tyle tu nuceń
i śpiewań aż do rana.
Księżyc w srebrnej peruce
gra jak Bach na organach
i płynie koncert wielki
przez dęby i przez świerki —
to leśniczówka Pranie:
nocne koncertowanie.

Chodzi wiatr nad jeziorem,
trąca dęby i graby;
i znów wieczór, wieczorem
znów zaświecamy lampy;
o, leśniczówko Pranie:
lamp lśnienie, migotanie,
księżyc na każdej ścianie,
nocne muzykowanie.

Sunie dorożka nocy,
w skos, dziecinnym rysunkiem;
dorożkarz zamknął oczy,
konik stąpa z frasunkiem,
cień od ściany do ściany:
wehikuł posrebrzany;
o, leśniczówko Pranie,
nocne podróżowanie.

Gwiazdy jak śnieg się sypią,
do leśniczówki wchodzą
każdą okienną szybą,
każdą wrześniową nocą;
w twoim małym lusterku
noc świeci gwiazdą wielką.

Czytaj dalej

NIOBE /fragment/

KIG_40

WAG RSW PRASA – 1958 r. Rys. J.Kraupe-Świderska

W południe wieku XX
Ten koncert ciemny jak wiatr w głazach,
Czeladnik u Kochanowskiego,
Złożyłem go w olsztyńskich lasach.

Tobie te dźwięki niosę w darze,
Niechaj otoczą twoje imię.
Ty dla mnie wodą w lata skwarze
I rękawicą jesteś w zimie.

Weź, Siedmiostrunna, rym ubogi,
Niech się we włosy ciemne wplata.
Ty – pieśń weselna mojej drogi,
Ty – blask i błysk nad światłem świata.

P r z e s ł a n i e
Miła, gdy kartki te pożółkną,
Gdy wiatr się w głazach uspokoi,
Wnuk ujrzy w słońcu chmury brzeżek,
To będzie światło oczu twoich.

Czytaj dalej

KRONIKA OLSZTYŃSKA /fragment/

I
Gdy trzcina zaczyna płowieć,
a żołądź większy w dąbrowie,
znak, że lata złote nogi
już się szykują do drogi.

Lato, jakże cię ubłagać?
prośbą jaką, łkaniem jakim?
Tak ci pilno pójść i zabrać
w walizce zieleń i ptaki?

Ptaków tyle, Zieleni tyle.
Lato, zaczekaj chwilę.

KIG_39_

WYDAWNICTWO POJEZIERZE —–Wydanie III z 1987 r.—–  Nakład – 30 000

II
Dobrze jest nad jeziorem
nawet porą deszczową.
Leśniczy wieczorem
lampę zapala naftową,
po chwili we wszystkich pokojach
naftowe lampy płoną,
a cienie od rogów jelenich
rozrastają się w nieskończoność.

Psy szczekają.

Trąbki północy bliskie.
A chmury pędzą po niebie
jak wielkie psy myśliwskie.
Zasypiamy
przytuleni do siebie jak dzieci.
Noc się wypogodziła.
Księżyc mruczy i świeci.

Pszczoły śpią.
Tylko woda chlupie o brzeg bez przerwy.
A nam się śnią polowania,
paprocie, jelenie i strzelby.

III
Rano słońce, rano pogoda,
idziemy do kąpieli.
Sama radość! Sama uroda!
Jak tu się nie weselić?

Z sosny słychać dzięcioła stuk.
A tutaj ryby bryzg! spod nóg.

Ech, bracia, wpław! I płynąć, pływać,
aż tam, gdzie z drugiej strony
wiatr, roześmiany wiatr przygrywa
na sitowia strunach zielonych…

Czytaj dalej

SIÓDME NIEBO /fragment/

I
Zima była, gdy wysiadłem z autobusu
i rzuciłem się w twoje ramiona,
i twych włosów, twych wieczornych włosów
ogarnęła mnie woń niezmożona.

Księżyc zniżył się, błysnął nad klamką,
potem odszedł i wplątał się w drzewo.
Pierścień nocy nad nami się zamknął
i zaczęło się siódme niebo…

KIG_38

CZYTELNIK – nakład 20 000 wydanie I z 1968 r.

III
To było wieczorem w Europie,
może w Holandii, może w Belgii,
gwiazdy lśniły jak lampki na grobie
i szumiał wiatr. Taki wielki.

Bo już jesień grała, coraz szybciej,
na akordeonie złotym
i leciały nad dachami skrzypce,
liście, klarnety i fagoty.

A gdy deszcz bulwarami popłynął,
zaczynała się chwila szalona.
Bo na przedmieściu było małe kino
(i pamiętasz? – kasjerka Simona).

I wieczorem każdym po ciemku –
i wieczorem każdym jak requiem,
z tulipanem czerwonym w ręku
przez bulwary do ciebie biegłem.

A tam było jasno w małym kinie…
Ej, wesoło w kinie „Olimpia”!
Piękny kwiat najpiękniejszej dziewczynie –
to dla ciebie ten czerwony tulipan.

Ja dla ciebie bym truciznę wypił,
chcę być z tobą duszą i ciałem –
l wyrzucali mnie z tej „Olimpii”,
bo za głośno o miłości krzyczałem.

Ale raz, rozpaczy na przekór,
przyszła noc najwyższa, natchniona.
Coś się stało: cud w XX wieku –
poszłaś ze mną ty, nie Simona.

Wtedy dłoń twą wziąłem w dłonie moje,
w oczach naszych wieczny blask zaświecił
i przez świat obłąkany od wojen
szliśmy razem jak dwoje dzieci…

Czytaj dalej

CICHE MARZENIE

Arkademu Fiedlerowi przez wdzięczność za temat

KIG_37_1947

Gdybym był rybą w Ukajali,
to oczywiście wciąż bym śpiewał,
rodacy pieśni by słuchali
i szanowali jak Szopena.

Stopniowo, niczym Wiktor Hugo,
w sławę porastałbym uparcie
i, że tak powiem, forsę grubą
zgarniałbym płetwą po koncercie;

a gdyby nawet, nie daj Boże,
chciał mnie wykończyć jaki skryba,
tobym powiedział: – Redaktorze,
wolnego! Jestem tylko ryba.

W ten sposób żyłbym cichy, zgrzebny
w mym imaginowanym świecie:
zimę bym spędzał w garnku ciepłym,
a lato w chłodnej galarecie.

A gdyby we mnie radość zgasła
i wszystko zbrzydło, od kucharzy
pożyczyłbym dwa deka masła
i najzwyczajniej się usmażył.

Czytaj dalej