WIERSZE Z LAT 1946 – 1957

AS_15

Rys. Antoni Wasilewski

W  OBRONIE  WIERSZA

Gdy modny bełkot snobistycznej blagi
Krytyk zaciemnia kadzidlanym dymem,
Doszło do tego,  że aktem odwagi
Jest wiersz napisać z rytmem, sensem, rymem.

Kogo młodzieńcza oślepiła pycha,
Prostotę gotów uznać za prostactwo,
Więc gdy rozsypie się liter robactwo,
Widząc tasiemce słów – czytelnik wzdycha.

Mój przyjacielu, nie wstydź się, nie rumień,
Bo to są słowa, które bałamucą.
Nigdy się twojej pamięci nie wrócą
Ani nie trafią do serc i do sumień.

Tacy są trudni chłopcy nasi, twardzi,
Patos i liryzm taki wstręt w nich budzi,
Tak jeden z drugim światem awangardzi,
Że wiersze pisze, jakby pluł na ludzi.

I cóż, że biedne słowa wypokraczy
I wtłoczy w szereg dziwacznych skojarzeń?
Wiersz, kiedy nie jest pokarmem dla marzeń,
Gdy nie jest skargą, buntem – nic nie znaczy.

PODZIĘKOWANIE

Pragnę wyrazić moją wdzięczność kwiatom,
Że tak piękne
I że jeszcze w charakterze dodatku
Pachną.
I to bez względu na to, kto je wącha.
A przecież nieraz miałyby prawo
Stulić płatki,
Ba, nawet zwiędnąć.
A przynajmniej dozować zapachy.
Pragnę wyrazić moją wdzięczność niebu,
Zwłaszcza gdy czyste
I gdy każe słońcu
Podkreślać cieniem to, co jest ważne w krajobrazach.
A przecież mogłoby się uprzeć przy szarości
I gromadzić chmury
Na nowych dni czterdzieści,
Bo wiele jest ku temu powodów.

Pragnę wyrazić mój podziw
Dla dwu motyli. Są to Paź Królowej,
Papilio Machaon, i Rusałka Admirał,
Pyrameis Atalanta.
Paź jest z orszaku Królowej Mab,
I obaj z Admirałem są wysłannikami
Z kraju mego dzieciństwa.
Pragnę wyrazić moją wdzięczność nocy,
Że, jeśli tylko może, na niebie rozsiewa
Gwiazdy, bez których byłoby nam smutno.

Dziękuję drzewom, kwiatom, niebu, słońcu i motylom,
Że z nieomylną regularnością, dokładnością, troską
Wykonywają swoje obowiązki.
Tak niemądrze, nie chcąc nic w zamian.

DO  MARGARET

Wczesną wiosną, w sobotnie mgliste popołudnia
Pusto jest na ulicach. Londyn się wyludnia.
Sam błądzę wśród tych ulic, zamyślony stoję.
Nie moje to ulice i miasto nie moje.

Poeta z żoną w londyńskim teatrze

Poeta z żoną w londyńskim teatrze

Do Ciebie każdy kamień wspomnieniami woła:
Park Crescent to spacery, Kensington to szkoła,
W malutkiej krynolinie i z niebieską wstążką
Na tej ławce Alicja zasnęła nad książką.
Tu, na liściu, żeglował Peter Pan malutki,
Tędy wiodła Cię muza, tędy pierwsze smutki,
Pierwszy wojaż zamorski to dworzec Victorii,
I tak każda stronica młodzieńczej historii,
Nadzieje i zwątpienia, uśmiechy i żale,
Jak wątły liść paproci odciśnięty w skale,
Zostawiły swój obraz na miasta kamieniach,
I jak w książce, tak możesz czytać w tych wspomnieniach.

Moje miasto umarło. W znoju, w walce, w trudzie
Moje miasto budują nowi, gniewni ludzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s