KRZYŻ POŁUDNIOWY

Nieprawdą jest, że piłem w portowej szynkowni.
Kłamałem, kiedym mówił, że Bóg na mnie woła.
Nie szedłem nigdy nocą w blasku smolnych głowni
I nie spotkałem nigdy diabła ni anioła.

Z Romanem Jaworskim i Janem Lechoniem

Kochać długo, zbyt silnie nie jest w mojej mocy.
Nienawidzić nie umiem – przyznaję otwarcie.
Nie przepłakałem nigdy jeszcze całej nocy
Ani życia na jednej nie stawiałem karcie.

Nigdy nie miałem w ręku kielicha z goryczą
I nikt do serca prosto mi nie wbijał noża,
Lecz zasłuchany w słowa melodię zwodniczą
Zabłądziłem w pustynne dalekie bezdroża.

Oderwany od życia, życiem zachłyśnięty,
Niebiosa wiążę z ziemią kłamliwymi słowy
I dźwigam ciężar wielki, a tak niepojęty,
Zimny, obcy, daleki, jak Krzyż Południowy.

POWRÓT

Nie pomogą podróże, dalekie odjazdy –
Wszędzie jest jedno słońce i księżyc, i gwiazdy.

Wszędzie roślinność korzeniami swymi
Szatę zieloną, barwę i woń czerpie z ziemi.

Trójżaglowych okrętów maszty trzeszczą suche:
Wszystkie morza szeleszczą, a lądy są głuche.

Gwiazdy wszędzie są zimne, a słońca są znojne.
Trawy miękko omdlałe, sny drzew niespokojne.

I od ziemi, co stygnie, do gwiazd, które gasną,
Jednakowo mi wszędzie, i pusto, i ciasno.

RYMY

AS_05a_Na górce w Ziemiańskiej_1928 _rys_Władysław Daszewskizz

Rys. Wł.Daszewski – 1928 r.

Sądzę, że każdy mi to z panów przyzna,
Że by inaczej poszła droga poetycka,
Gdyby na przykład do słowa „ojczyzna”
Nie było rymu: „blizna” i „mielizna”,
Lecz, dajmy na to – „sól attycka”.

Nikt by już z chęci niskiej i podstępnej
Zwyczajnej łąki nie nazwał kobiercem
Tylko dlatego, by w strofie następnej
Móc ją zrymować z swym złamanym sercem.

Nie narażałaby się już na kpiny
I wróciła do domu dobrotliwa ksieni,
Szewndająca się wszędzie z tej jeno przyczyny,
Że ją stale rymują ze złotem jesieni.

Powiedzmy szczerze, czy kto z was, panowie,
Wpakowałby do wiersza brzydkie słowo „perć”,
Gdyby do „śmierci” w polskiej mowie
Było słów więcej niźli ćwierć?

Wiele by się skróciło tych lotów bez końca
I niejeden by goniec drogi zaoszczędził,
Bo któż by nam o gońcach i posłańcach ględził,
Gdyby ci ludzie nie byli rymami do „słońca”?

O stare, biedne rymy, zdarte od użycia,
Wytrzepane jak meble w dniu świątecznych wizyt,
W blasku słońca sztucznego wchodzicie do życia,
Aby spać znowu w kurzu jak smutny rekwizyt.

Niejednego na próżno jeszcze wyślę „gońca”,
Nieraz mnie trwożne w drodze zatrzymają cienie,
Nim, po cezurach skacząc, dobiegnę do końca
I słowo „żyć” zrymuję ze słowem „znużenie”.

Wiersze – z tomiku GODZINA  POEZJI  /1923 r./

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s