CZERWONE WINO

JL_17_Mal_Roman KramsztykBardzo wcześnie jest jesień.
Coraz wcześniej słońce
Za jezioro z ołowiu w drżące spada trzciny.
Dzień jest po to, by sennie płynęły godziny,
A wieczór, by oglądać gwiazdy spadające.

Renoir chyba w sadzie pomalował śliwy,
Tak ich skórka zielona, a brzegiem liliowa,
I wszystko tu coś znaczy, tylko brak na słowa.
Ach! jak tu odpowiedzieć, czy jestem szczęśliwy?

Jak nurek schodzi w mroki tajemniczych głębin,
Gdzie się przepych koralu bogato rozpina,
Tak ja wypijam wzrokiem czerwoność jarzębin,
Lub próbuję wargami czerwonego wina.

OD  ŻALU  NIE  UCIEKNIESZ,  NIE  UJDZIESZ  GORYCZY…

Od żalu nie uciekniesz, nie ujdziesz goryczy,
I każda twa pociecha – to widmo przeszłości.
Ach! czegóż się spodziewa i na cóż to liczy
Każdy z nas, co na tyle patrzał nikczemności?

I tylkoś jest zdziwiony, że jeszcze cię wzrusza
To drzewo całe w kwiatach, różowy wschód słońca,
I żyjesz aby twoja nieśmiertelna dusza
Co dane jej przecierpieć, cierpiała do końca.

Cóż z tego, że coś kochał – przemija jak dymy,
Że po tych, co odchodzą, żal serce ci toczy.
My z starym Sofoklesem spokojnie patrzymy
Na ten widok, na który chciałbyś zamknąć oczy.

ROZMOWA  Z  MINIATURĄ

JL_17a_Rys_Edward Głowacki_1927Znużony skamandrowej pjanej nocy heca,
Lubię się w miniaturę wpatrywać kobiecą,
Co kłamie dawno zmarłej twarzy podobieństwo,
Jak kurtyzana, która udaje panieństwo.

„Patrz, jaka byłam piękna! Jak kusiłam grzechem!”
Zdaje się mówić do mnie z porubnym uśmiechem.
„Znam cię, dostojna pani – myśl ma na to dzierga –
Poznałem cię na balu księcia Szwarcenberga.”

„Chciałbyś mnie mieć? Czar chłonąć i pieścić me wdzięki?
Bądź więc posłusznym, paziu – czekaj na gest ręki.”
„Czyż nie pamiętasz – mówię – w księżycowym błysku
Tej nocy, którąś w moim spędziła uścisku?

Przyjdziesz raz jeszcze?” – pytam. „Tak!” – szepnęła z cicha
Jak trawa, gdy od rosy porannej wysycha.
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
Tak gruchając ze sobą, kłamiemy na hura –
Ja i dostojnej pani stara miniatura.

APOKRYF

Twych ust przeciągła słodycz, smak nie do nazwania,
Twych oczu głąb bezdenna, smutek przeraźliwy,
I głos Twój monotonny, głęboki a tkliwy,
To wszystko mnie ku tobie, zwątpiałego, skłania.

I kiedy twoje usta ustami otwieram,
Czuję, jakbym mej duszy znów otwierał blizny,
I piję z nich te słodkie, duszące trucizny,
Z których moc mam do życia, od których umieram.

Lecz czego chcę najwięcej, umykasz mi zdradnie
I kiedy jestem z tobą o szarym wieczorze,
Całuję twoje oczy i widzę w nich morze.
Serce twe jest jak perła. Leży w morzu na dnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s